KoszykówkaNBA

Śliwki vs Robaczywki play-offs 2023 Vol.3

1 czerwca, 2023

Dzień dobry! Bierzemy na warsztat finały konferencji oraz drugą rundę tegorocznych play-offów. W tej części Wschód. Zapraszam!

Boston Celtics – Miami Heat (3:4)

Śliwki:
– Co za seria! Od tego trzeba zacząć. Heat wygrali pierwsze trzy mecze, czym postawili się w sytuacji, w jakiej było przed nimi 150 drużyn w historii NBA. Żadna z nich nie przegrała potem serii, a tylko w trzech przypadkach serie kończyły się w siedmiu meczach. Były to drużyny New York Knicks i Rochester Royals w 1951 roku, w finałach (Royals wygrali), Denver Nuggets i Utah Jazz w 1994 roku, w drugiej rundzie (Jazz wygrali), Portland Trail Blazers i Dallas Mavericks w 2003 roku, w pierwszej rundzie (Mavs wygrali). Celtics byli pierwszą ekipą z tych czterech, która gościła siódmy mecz na własnym parkiecie. W 92 przypadkach serie kończyły się 4:0, w 44 przypadkach w pięciu meczach, w 11 w sześciu. Zatem historia tworzyła się na naszych oczach. Ale ostatecznie statystyka pozostała wymowna i bezlitosna – drużyny z prowadzeniem 3:0 w serii, wygrywały potem całe serie w 151 przypadkach na 151 możliwych.

Boston Celtics. Tak, będzie też robaczywka, ale nie mogę nie odnotować tego, że po tym, jak Heat rozbili ich w game 3, Bostończycy zdołali się podnieść i wygrać kolejne trzy mecze. Powtarzam, w historii NBA, na 151 przypadków, zdarzyło się to tylko cztery razy. Można dyskutować czy Celtics byli od ostatecznej wygranej o jedną kontuzję kostki Tatuma, czy nie. Po tym jak Heat rozbili ich w meczu trzecim (128:102) można było głośno zastanawiać się czy przypadkiem coach Mazzulla nie przegrał sobie własnej szatni i czy gracze C’s chcą jeszcze dzielić ze sobą przestrzeń. Więc co by nie mówić, to ich dźwignięcie się z kolan było całkiem imponujące.

Caleb Martin. Za całą serię 19,3 punktu, 6,4 zbiórki, 1,7 asysty, tylko jedna strata w każdym meczu. Obłędnie dobre skuteczności na poziomie 60,2% z gry, 48,9% zza łuku (22 celne trójki w całej serii), 87,5% z linii (7/8). Heat nie przeszliby Celtics, gdyby Martin był swoją wersją z sezonu regularnego. Ba, dosłownie parę tygodni temu, w play-inach, zaliczył zero punktów z Hawks (0/3 z gry) oraz 6 punktów z Bulls (2/4 z gry). Z 71 meczów w rundzie zasadniczej, 30 z nich kończył z dwucyfrową liczbą punktów. W tych play-offach (18 meczów) ma już czternaście występów na 10 lub więcej punktów. Co za przemiana! Niewybrany w drafcie 2019 roku Martin dołączył do Charlotte Hornets. Zagrał tam dwa sezony, po czym, w sierpniu 2021 roku został zwolniony. Miesiąc później przygarnęli go Heat, dając mu umowę two-way. W ogóle okoliczności jego przybycia do Miami też są ciekawe. Otóż, by dać Martinowi szansę w Heat lobbował raper J. Cole. Lobbował u swojego wieloletniego kumpla, Carona Butlera, który pracuje obecnie w sztabie drużyny z Florydy. Heat zgodzili się przetestować Martina, a reszta jest już historią.

– Przy okazji eksplozji formy i talentu Caleba Martina, mówiłem i pisałem już o tym nie raz, ale warto to przypominać. Wiele mówi się o reżimie treningowym Heat, o ich wojskowej kulturze, ale równie dużo, lub nawet więcej, warto mówić o ich programie rozwoju młodych koszykarzy. To nie jest przypadek, że mają w swoim obecnym składzie aż siedmiu graczy, którzy nie zostali wybrani w drafcie. Są nimi Duncan Robinson, Udonis Haslem, Gabe Vincent, Max Strus, Caleb Martin, Omer Yurtseven oraz Haywood Highsmith. O tym trzeba trąbić! Oni dosłownie biorą, za przeproszeniem, odpady z innych drużyn i przerabiają je na wartościowych koszykarzy.

Duncan Robinson. Czy ktoś zwrócił uwagę na to, jak koszykarsko rozwinął się Robinson? To jeszcze raz a propos programu rozwoju graczy w Heat. Na początku kariery, Robinson miał zakazane kozłować. Coach Spo straszył go, że jak zrezygnuje z otwartego rzutu i wda się w kozłowanie, to siądzie na ławce przy pierwszej możliwej okazji. A teraz? Dwójkowe zagrania z Adebayo, ścięcia pod kosz z piłką i bez niej. Aż dziewięć asyst w meczu piątym. Dla gracza, którego średnia asyst za całą karierę, wynosi 1,5, takich dziewięć kończących podań, to jest coś ogromnie wielkiego. W całej serii trafił 15 trójek. W pięciu meczach zaliczył dwucyfrową liczbę punktów. A co równie ważne – tytanem obrony zapewne nigdy nie będzie, ale doszedł do takiego poziomu, że rywale już nie łowią go w każdym posiadaniu. I na potrzeby jego bytu w NBA, to wystarcza.

Gabe Vincent. Prawie po 16 punktów na mecz, przy skuteczności 51,6% zza łuku (16 trójek w serii). 29 punktów (11/14 z gry) w arcyważnym dla serii meczu trzecim.

Jimmy Butler. Pisałem o nim szerzej po pierwszej rundzie z Bucks. Napisałem też parę słów poniżej, w serii z Knicks. Żeby się nie powtarzać, ale żeby oddać Butlerowi, co butlerowskie, na usta cisną mi się tylko brzydkie słowa, ale w bardzo, bardzo pozytywnym znaczeniu. Jimmy jest „prze…ujem”, ale takim prze! prze! prze! I wiesz, co? Mógłbym przyłożyć teraz lupę do jego występów w pierwszych dwóch meczach, które w zasadzie ustawiły całą serię. 35 punktów, 6 przechwytów w meczu otwarcia, znakomita końcówka w starciu drugim, symboliczne spięcie z Grantem Williamsem, które odwróciło „momentum” tamtego starcia. To wiesz z samych meczów. Pozwól więc, że skupię się na czymś innym. Imponuje mi to, w jaki sposób Butler lideruje, jak emanuje od niego pozytywna energia, pewność siebie, dobry przekaz. Jego koledzy to czują i idą za tym. Z tego możesz zrobić użytek dla siebie. W NBA nie grasz i być może już nie zagrasz, ale może jesteś, dajmy na to, właścicielem osiedlowego warzywniaka i masz pod sobą ludzi, którymi musisz kierować. Jimmy daje Ci darmowy wykład z managementu zasobami ludzkimi. To są ponadczasowe, utylitarne wartości, które niby wszyscy znają, ale mało kto w nie wierzy, a jeszcze mniej ludzi je stosuje. Czy to nie jest coś, czego nauczał Bruce Lee? Jeśli możesz mówić i myśleć negatywnie, to dlaczego by nie mówić i nie myśleć pozytywnie dla odmiany? Czy to nie jest w dużej części to, co rozumiemy pod pojęciem Mamba Mentality? Ja na przykład, osiedlowego warzywniaka nie prowadzę, w NBA też już chyba nie zagram, ale za to mam dwoje dzieci (lat 4 i 2). Dla mnie to jest wielka inspiracja, żeby (starać się) być dobrym ojcem. Nie zawsze się udaje, ale zawsze się staram. Pisałem wiele razy o tych „okruchach życia” rozsypanych wokół sportu. O tych odniesieniach do zwykłego życia. Tych inspiracjach, które możesz czerpać ze sportu. Idź, czerp. Zrób z tego wszystkiego użytek dla siebie.
W czwartej kwarcie szóstego meczu, gdy Jimmy pudłował kolejny rzut, a Celtics zaczęli niebezpiecznie odjeżdżać z wynikiem, miałem takie skojarzenie, ze sceną z filmu Matrix, którego, jak wiesz, jestem wielkim fanem. Scena walki w Château pana Merowinga a.k.a. Francuza. Neo blokuje dłonią topór i zaczyna krwawić. Nie umyka to uwadze walczącego z nim Merowinga i jego ludzi. „Widzicie? Jest tylko człowiekiem.” – mówi Francuz, patrząc jak z dłoni Neo kapie krew. Neo zbiera się jednak sam w sobie i wygrywa bitwę. Jimmy spudłował aż 16 z 21 oddanych rzutów. Krwawił, wyglądał jak śmiertelnik. Tylko człowiek? Ale potem zebrał się w sobie i wygrał bitwę. Prawie.
W końcówce szóstego meczu było wszystko. Poza happy endem dla Heat. Swoją drogą, ta NBA jest niemożliwa, jeśli chodzi o symbolikę i odniesienia do przeszłości! Przecież dokładnie rok temu, w game 7, broniony przez tego samego Horforda, Jimmy spudłował trójkę, która mogła dać im awans do finałów. Teraz, w game 6, na trzy sekundy przed końcem meczu, znów kryty przez Horforda, Jimmy był faulowany przy rzucie zza łuku. Ach, ten prawy róg hali w Miami! Gdyby on mógł mówić! Pan wie, kto po nim stąpał?! Jimmy trafił wszystkie trzy rzuty, dał Heat prowadzenie. Po roku czekania, po deklaracji zaraz po zakończeniu tamtego sezonu, że znajdą sposób by znaleźć się w tym samym miejscu i wygrać. To było tak niewiarygodne, jakby było wyreżyserowane. To staje się jeszcze bardziej szalone, gdy pomyślisz, że Heat wyglądali okropnie w play-inach. Przegrali z Hawks (nadal uważam, że celowo. Gdyby Heat wygrali z Hawks, to już w pierwszej rundzie graliby z Bostonem, a potem z 76ers), a z Bulls do samego końca walczyli o życie.

Spójrzcie na to.

– Tak samo wyreżyserowane, jak dobitka Derricka White’a.

Co za sekwencja! White wprowadza piłkę do gry. Następnie schodzi do rogu, żeby dać spacing. Następnie ścina pod kosz, żeby zebrać piłkę. Wszystko to w trzy sekundy! To jest koszykarskie IQ na poziomie Mensy. To są instynkty, których nie da się wyuczyć.

Derrick White. Kto wie, może o takiego White’a byli rok temu Celtics od tytułu. 28-latek, były gracz Spurs, zagrał przeciwko Heat na poziomie 14,3 punktu, 2,6 zbiórki, 2 asyst, 1,3 bloku, 1,1 przechwytu. Trafiał z gry 51,6% z gry, 48,9% zza łuku oraz 84,6% z linii. Dużo mądrych zagrań na obu końcach parkietu.

Jayson Tatum. Wow, a ten skąd tu się wziął? Założę się, że taka była Twoja pierwsza myśl. No, to patrz – 30 punktów, 7 zbiórek, 52% z gry w game 1, 34/13/8 i 50% w game 2, 33/11/7 i 63% z gry w game 4, 21/8/11 i 50% w game 5, 31/12/5 w game 6. Słabe tylko mecze dwa i siedem. No tak, siedem, powiesz, gdy trzeba było stanąć na wysokości zadania. Niestety dla Celtics, zanim Tatum stanął na wysokości zadania, to już w pierwszej akcji stanął na stopę Gabe Vincenta i skręcił sobie lewą kostkę. To, jak dla mnie, ustawiło cały mecz. Nie wiem czy ze zdrowym Tatumem Heat by to przegrali, ale wiem, że Tatum byłby dla nich dużo większym kłopotem na obu końcach parkietu, a resztę możemy sobie dopowiadać i gdybać.

Robaczywki:
Głosowanie na MVP finałów konferencji. Najlepszym zawodnikiem finałów na wschodzie został Jimmy Butler. Ale rozkład głosów wyglądał tak: 5 na Butlera, 4 na Martina. Dużo rzeczy mi się tutaj nie zgadza. Martin był dobry, nawet bardzo dobry, wręcz esencjonalny dla sukcesu Heat. Ale w żadnym scenariuszu nie był lepszy, niż Jimmy Butler. Czterech na dziewięciu uprawnionych do tego głosujących uznało, że Caleb Martin, a nie Jimmy Butler, był najlepszym zawodnikiem tej serii. Do tego właśnie sprowadzało się to głosowanie. Trochę szokuje mnie to, jak amerykańscy dziennikarze przereagowali i stali się zakładnikami chwili. Nie, Martin nie był najlepszym graczem tych finałów konferencji. Należy mu się tona uznania, ale nie statuetka MVP tej serii.

– Wyróżniłem rzut White’a, a teraz spojrzenie na to samo z innej perspektywy. Przeglądając czeluście internetu, zauważyłem głosy, że Heat „po frajersku” przegrali game 6. Jak mnie irytują tego typu komentarze! Heat zrobili wszystko dobrze w tej akcji. Celtics zrobili coś spoza schematów. Na to nie możesz się przygotować. Piłki miał nie dostać Tatum i jej nie dostał. Taki był plan. Podwajający Strus wykonał zadanie. Smart oddał szalony rzut, który owszem, był bliski celu, ale jako broniąca drużyna, chcesz żyć z takimi pozycjami dla rywali. Dobitka White’a to pochodna całej sekwencji zdarzeń. Krytykowanie, czy wręczy szydzenie z Miami, a nie na przykład gratulowanie Celtom, to przejaw…czegoś niezdrowego, tak bardzo mi dalekiego i obcego. Na szczęście.

Jaylen Brown. Jeśli spodziewasz się mocnego biczowania, to mam złe wieści. Brown dostaje robaczywkę, ale jak myślę sobie o nim na chłodno, to dla mnie nie jest to żadna czerwona flaga. Zdarza się. Robaczywka za: 7/43 za trzy punkty (16,3%!), tylko 21 rzutów z linii. Brown jest nieprzeciętnym atletą. Rzut nie zawsze wpada, to się tyczy każdego, ale taki dynamit, jak Brown, powinien częściej korzystać ze swoich fizycznych atutów i atakować obręcz. Osiem strat w game 7, w tym kilka kuriozalnych. Ale (chyba) biorę poprawkę na to. Brown pociął sobie rzucającą dłoń przed play-offami. Rana wymagała założenia pięciu szwów. Poważnie, nie szukam usprawiedliwień, żeby go bronić, bo nie mam w tym żadnego interesu. Mi te play-offy nie pokazały niczego nowego. Brown to gracz przynajmniej z top 25 ligi. Idealne drugie skrzypce do kogoś nad sobą. Czyli dokładnie tak, jak jest w Bostonie. Być może w niedalekiej przyszłości napiszę parę słów co myślę o przyszłości tego składu. Ale tak, masz rację, nad kozłem, to on musi popracować. I nad biegnięciem z piłka w lewą stronę też!

Marcus Smart. Znakomity obrońca, dusza tej drużyny, włoży głowę gdzie niejeden bałby się włożyć patyk, ale… obrzydliwy z niego floper. Za to i tylko za to dostaje robaczywkę.

– Tutaj robaczywka bez konkretnego adresata. Taka luźna myśl do przeanalizowania. Jimmy Butler mówi, że jest najlepszy na świecie, a (mimo wszystko) nie jest, a my klaszczemy. Chwalimy jego pewność siebie, jaja, motywację, charakter. Co za gość, mówimy. I ja nie mam z tym problemu. To co ma dla mnie wartość, zatrzymuję, co nie, wypuszczam drugim uchem. Ale gdy LeBron, raz na jakiś czas, mówił tak o sobie przez lata, a bliżej mu było do prawdy, niż Jimmy’emu w tej deklaracji, bo przecież przez długie lata był w NBA najlepszy, to buczeliśmy, to znaczy buczeliście, że zarozumiały, że buc, że co on gada. Ciekawe, co?

Z drugiej rundy:

New York Knicks – Miami Heat (2:4)

Śliwki:
– Czystym złotem było patrzeć jak Jimmy Butler, po tym jak skręcił sobie kostkę, stał w narożniku boiska i udawał, że rzuca w kilku kolejnych posiadaniach. To, że Knicks nie potrafili wykorzystać kontuzji Butlera będzie odpowiednio ocenione poniżej.

Jimmy Butler. Statystyki możesz sobie sprawdzić. Były niezłe. Ale, jak już tu jesteś, to je przytoczę – 24,6 punktu, 7,2 zbiórki, 6 asyst, 1,2 bloku, 1,6 przechwytu. Mi najbardziej podobała się przebitka z uśmiechniętym Jimmy’m po meczu drugim, który Knicks wygrali, a Jimmy oglądał go w cywilu, z obolałą kostką. Nic się nie stało, widzimy się w Miami. I tak było. Prze…uj! Wybacz mój język.

Jalen Brunson. Za serię po 31 punktów, 5,5 zbiórki, 6,3 asysty oraz 1 przechwycie na mecz. 50,4% z gry i tylko 1,8 straty co w rękach rozgrywającego, który gra dużo z piłką, jest całkiem dobrym wskaźnikiem. Przypominam po raz kolejny – Knicks niby przegrali bitwę o Donovana Mitchella. Brunsona pozyskali tylko za pieniądze. Nadal mają całą furę swoich własnych draftowych dóbr, oraz ciekawą rotację, którą w dowolnych konfiguracjach, będzie można handlować. Nie wiem kto, nie wiem gdzie, nie wiem dokładnie kiedy, ale pewny jestem, że kwestią miesięcy jest sytuacja, w której jakaś gwiazda przestanie być szczęśliwa w miejscu, w którym jest i zażąda wymiany, najlepiej do Knicks. A wtedy wchodzą oni…

Kyle Lowry. 12,2 punktu, 5,7 asysty, 3,7 zbiórki, 1,3 bloku (w tym cztery w g1), 1,3 przechwytu, tylko 6 strat w całej serii (174 minuty gry). To tylko liczby. Żeby docenić Lowry’ego, szczególnie teraz, w później jesieni jego kariery, trzeba po prostu go oglądać. Jak dyryguje kolegami na obu końcach parkietu, jak staje na ofensy, jak nie przegrywa przekazań na większych od siebie graczach, jak ustaje, gdy ktoś próbuje grać z nim tyłem do kosza. Wreszcie, jak robi te wszystkie małe rzeczy, których nie pokazują statystyki. Szkoda, że on i Jimmy nie połączyli sił, gdy Lowry był w swoim prime, czyli gdzieś w latach 2015-2018. Ten sam charakter, ten sam zadzior, ten sam szorstki humor. Coś by z tego mogło być.

Cody Zeller. Gracze jak on często bywają puentą jakiegoś żartu. No wiesz, przychodzi Zeller do lekarza, a tam, coś tam. Nie za mobilny, bardzo kwadratowy białas bez wielkiego talentu, bez rzutu, bez podania…a plusowy w drugiej rundzie play-offów. Hasztag mnie śmieszy.

Robaczywki:
Knicks. Po tym, jak Jimmy Butler skręcił sobie kostkę w meczu otwarcia, Knicks, z jakiegoś powodu, nie atakowali Butlera, który z kolei, z jakiegoś powodu, cały czas był na parkiecie, choć ledwo się ruszał. Było pięć minut do końca, a Heat prowadzili 95:92. Patrzyłem i przecierałem oczy ze zdumienia, że Knicks nie próbowali korzystać z tej ewidentnej przewagi.

Knicks. Tak ogólnie. Moim zdaniem, jakby położyć na dwóch szalach talenty Knicks i Heat, to szala Nowojorczyków by przeważyła. W serii z Miami zostali stłamszeni.

Boston Celtics – Philadelphia 76ers (3:4)

Śliwki:
Jayson Tatum. Przez 44 minuty meczu szóstego słaniał się po parkiecie. 76ers byli naprawdę na wyciągnięcie ręki od awansu. A potem zdarzyło się to: Trójka na prowadzenie 84:83 na 4:14 przed końcem meczu. Potem kolejna trójka 87:83, a potem jeszcze jedna na 92:84, gdy na zegarze było już tylko 1:52 min. I po meczu, i w rezultacie po serii dla Szóstek. Trzy ostre sztylety prosto w serca Hardena i Embiida.
No i ta kropka na i w meczu siódmym – 51 punktów (17/28 z gry, 6/10 za trzy, 11/14 z linii), 13 zbiórek, 5 asyst, 2 przechwyty. Rekord punktowy Stepha w meczach siódmych nie trwał zatem zbyt długo. Łącznie, w siedmiu meczach, Tatum miał trzy występy na 30+ punktów, w pięciu meczach miał dwucyfrową liczbę zbiórek.

Robaczywki:
76ers. James Harden i Joel Embiid.
Szóstki wygrały mecz otwarcia bez Embiida, później mecz piąty – oba w Bostonie. W meczu szóstym mieli Celtów na widelcu. Tatumowi nie szło. Był taki fragment czwartej kwarty, że aż się prosiło, żeby któryś z liderów wziął piłkę i pociągnął przez kilka posiadań. To było do zrobienia. Ale nigdy się nie wydarzyło. Za to wydarzył Tatum, a 76ers kolejny raz pożegnali się z play-offami dużo wcześniej, niż marzyli. Dużo wcześniej, niż wynosi ich suma talentów. Embiida częściowo usprawiedliwiam. Grał z niedoleczonym kolanem, które wyraźnie zabierało sporo z jego normalnej mobilności. Ale mimo wszystko, brakowało mi takiego jego „stempla” obecności, szczególnie w meczu szóstym. Był taki charakterystyczny obrazek w meczu czwartym, kiedy P.J. Tucker zaliczył kluczową zbiórkę w ataku, a potem dobitkę z faulem (która dała remis po 105) na 1:06 min. przed końcem czwartej kwarty. Po celnym koszu Tucker podszedł do Embiida i w wymowny, emocjonalny sposób zaczął coś mówić mu na ucho. Nie wiem jakie słowa tam padły, ale z mowy ciała wyglądało to jak coś w stylu, „ej, to chyba nie ja, stary dziady, tylko Ty, MVP sezonu, powinieneś ratować nas z kłopotów. Naprzeciwko masz innego dziada Horforda. Weź się chłopie w garść i daj nam wygraną.”

No i James Harden. Oj, James. Znowu Ty, znowu tutaj. Nowy rok, stara śpiewka. Mówiłem w programie „Basket Office” w Canal Plus Polska, że Harden ma szansę napisać nowy, dobry rozdział swoich występów w play-offach. Po meczu otwarcia (45 punktów) i po meczu czwartym (42 punkty, kilka arcyważnych trafień) wyglądało to obiecująco. Problem w tym, że Harden zaliczył dwa wybitne mecze i aż pięć przeciętnych łamane na słabych. W meczach 1 i 4 trafił łącznie 33 rzuty na 53 oddane. W meczach pozostałych trafił do kosza 16 razy z gry na…63 próby. Coś nieprawdopodobnego! Game 7 – 41 minut, w których trafił 3 na 11 rzutów, zebrał 6 piłek, rozdał 7 asyst. Do tego miał 2 przechwyty i 1 blok.
Posłużę się cytatem samego siebie, sprzed roku, po zakończonej serii 76ers-Heat, kiedy Szóstki żegnały się z sezonem. Cytat: „Jak dla mnie człowiek zagadka. Piszę poniżej o stylu, w jakim z play-offami pożegnał się Giannis. Zgoła inaczej, niż Harden. Rozumiem, że można przegrać, można nie mieć sił, rywal może być po prostu lepszy. Nic na to nie poradzisz. Ale nie rozumiem tego, jak jeden z liderów, w meczu kończącym mu sezon, gra 43 minuty, w których oddaje tylko 9 rzutów, z czego tylko dwa w drugiej połowie. Naprawdę nie jestem w stanie tego pojąć. A przecież jest to już kolejny mecz w postseason, w karierze Hardena, w którym, z jakiegoś powodu, Harden znika. I tu można zacytować internetowych znawców tematu i napisać, że się zesrał, lub łagodniej, że nie dźwignął tego mentalnie. Może tak, może nie. Ale nawet jeśli, to fascynuje mnie to jeszcze bardziej. Bo jeśli to prawda, to jest kolosalna różnica między Hardenem grającym w sezonie regularnym, w którym też są przecież mecze na styku, w którym też trzeba mieć nerwy w końcówkach, a Hardenem w play-offach. Czy jest drugi taki w historii ostatnich 20-30 lat, u którego rozstrzał między wartością w sezonie i play-offach jest tak wielka? Mnie to nie śmieszy, mnie to bardzo ciekawi na wielu poziomach. 18 punktów, 6.3 zbiórki, 7 asyst za całą serię. Niby źle nie było, ale właśnie ten kończący mecz, mecz w którym Harden oddał tylko 9 rzutów (najmniej w całej serii) zostanie zapamiętany jako okładka całej serii, całego sezonu i kto wie, może także i całej jego kariery, bo jest to kolejna karta do albumu niechlubnych występów Brodacza w postseason. Znakomity koszykarz, który znika pod presją (?) wyniku. Zapytany po meczu o to, co się stało, że oddał tylko dwa rzuty w drugiej połowie, Harden stwierdził, że po prostu piłka do niego nie wracała, gdy ją oddawał. Wszyscy wiemy, że to nie jest prawda. Każdy lider, gdy chce, może po prostu złamać zagrywkę i zażądać piłki, jeśli ta konkretna (zagrywka) nie była rozrysowana pod niego. Więc co? Kontuzja, brak formy, coś innego?”

Mija rok, a Harden żegna się z play-offami w bliźniaczo podobnych okolicznościach.